Zaimponowali mi bardzo rolnicy z Nowego Korczyna i okolic

Bardzo zaintrygowali mnie ostatnio rolnicy z Nowego Korczyna i okolic pomysłem transportu tratwą do Warszawy warzyw i owoców - po to by sprzedać je tutaj po cenach, jakie sami otrzymują w skupach. W tej akcji chodziło o to, by zwrócić uwagę na różnice pomiędzy cenami, jakie sami uzyskują, a tymi które płacą końcowi konsumenci. Chcemy, by usłyszano w stolicy głos rolnika, żebyście dowiedzieli się, ile tracimy przez pośredników - tłumaczyli. "Od rolnika do pośrednika 3000 procent znika" – takie było hasło całego przedsięwzięcia.

Tratwą dotarła symboliczna część produktów, reszta została dowieziona samochodami na przystań w okolicy ulicy Wioślarskiej. Cały towar szybko się rozszedł – wszyscy byli zadowoleni, jak doniosły media.

Ale prawdę mówiąc, organizatorzy tego właściwie happeningu zaimponowali mi jedynie tylko do pewnego stopnia. Warszawiacy – jak pisze prasa - wszystko kupili na pniu, bo ceny były wyjątkowo atrakcyjne, ale nie sądzę, by ktokolwiek z kupujących specjalnie wzruszył się losem rolników ze Świętokrzyskiego i począł natychmiast obmyśliwać jak by tu załatwić tych chciwych pośredników. Chociaż, kto wie?..

Pewnie wielu natomiast po cichu zastanawiało się dlaczego ci właśnie rolnicy sami nie stali się pośrednikami, po to by zgarnąć, jeśli już nie całe owe 3000 procent, to przynajmniej może 2500.

W całej tej akcji, ciekawej i sympatycznej w założeniu (pomysł z tratwą naprawdę świetny) daje o sobie znać - jak mi się wydaje - jakaś nostalgia za danymi dobrymi czasami, kiedy cały obrót artykułami rolnymi był w rękach „Samopomocy Chłopskiej”, a
w ogóle to byliśmy młodsi…

Dzisiejszy pośrednik to właściwie taki spekulant, który karmi się naszą krwawicą, ktoś w końcu powinien go ukrócić - najlepiej w taki sposób w jaki w dawnych dobrych czasach rozprawiano się ze spekulantami. Czyż taki sposób rozumowania nie czai się nam jeszcze gdzieś z tyłu głowy?

Zdecydowanie bardziej ucieszyłaby mnie natomiast wiadomość, że rolnicy spod Nowego Korczyna założyli swoją własną spółdzielnię, i z jej pomocą sprzedali swoje produkty, wpisując w koszty marketingu wszystkie wydatki związane z transportem tratwą do Warszawy, a tu sprzedali wszystko po cenach konkurencyjnych.

Spółdzielnie po to właśnie przecież przed ponad wiekiem powstawały – żeby wspólnie sprzedać to, co zostało wyprodukowane indywidualnie.

Socjalizm realny przerobił to po swojemu. Produkować miano wspólnie po to, by ze sprzedaży korzystali tylko zaufani. I tak się to toczyło przez cały okres miniony z wiadomym skutkiem.

Przechowuję z pietyzmem medal, jaki wybito w 1918 r. „na chwałę spekulantom w 4 m roku wojny”. Na rewersie w centralnej części widnieje zgrabna świnka, od której promieniście rozchodzą się nazwy różnych produktów: pieprz, nici, nafta, masło, herbata, cukier, płótno, kartofle, grzyby, mydło, skóra, mąka, chleb, słonina. Nie udało mi się dotąd jednak ustalić kto wybił ten medal – może Rada Regencyjna?

W czasie okupacji niemieckiej też wszyscy żyli przecież dzięki spekulantom. Nikt po wojnie jak wiadomo im medali, niestety, nie dawał.

Dzisiaj, w normalnych czasach, nikomu też nie przyjdzie do głowy spekulantom dziękować, ale to całkowicie naturalne, że wchodzą w przestrzeń, której nie chcą zagospodarować chociażby sami dobrze zorganizowani producenci.

Swoją drogą nie zdziwiłbym się, gdyby cały towar z Nowego Korczyna kupili w ostatni czwartek w Warszawie właśnie tutejsi pośrednicy, głośno chwaląc rolników spod Nowego Korczyna i zacierając ręce z radości, że sprzedając po cenach skupu wzięli jeszcze na siebie całe koszty transportu.

W końcu – nie masz cwaniaka nad warszawiaka…
Trwa ładowanie komentarzy...