O autorze
Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego; sędzia w latach 70-tych; delegat na I Krajowy
Zjazd „Solidarności” - współautor projektu Posłania do Narodów Europy Wschodniej, internowany w stanie wojennym; senator I i II kadencji, współzałożyciel Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, współautor reform administracji publicznej w latach 90-tych; sędzia Trybunału Konstytucyjnego (prezes w latach 2006-08); obecnie nauczyciel akademicki w Uczelni Łazarskiego - twórca programu pierwszych w Polsce studiów Master in Public Administration; autor licznych publikacji dot. konstytucjonalizmu, administracji publicznej, historii; felietonista „Gazety Prawnej”; członek Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego

Sędzia

Z perspektywy długoletniej praktyki prawniczej, wykonywanej w różnych okresach zarówno w sądownictwie powszechnym, parlamencie, rządzie, administracji rządowej, samorządzie, sektorze przedsiębiorstw, mediach elektronicznych, a także w szkolnictwie wyższym (można zapytać gdzie mnie nie nosiło w czasie tych czterdziestu paru lat – w końcu ponad półtora roku spędziłem nawet w więzieniu, co sobie z punktu widzenia sędziego konstytucyjnego wyjątkowo sobie cenię) widzę wyraźnie, że są dwa sektory naszego życia publicznego dotknięte wyraźną niemocą.

To szeroko rozumiane sądownictwo i edukacja - i to edukacja na wszystkich szczeblach. Tą drugą sferą może jeszcze kiedyś w tym miejscu się zajmę, ale oczywiście wymiar sprawiedliwości jest mi najbliższy i w związku z tym, że funkcjonowałem w jego ramach blisko dwadzieścia lat, stosunkowo dużo na jego temat wiem.



Jeśliby mnie ktoś spytał co należałoby uczynić dziś w pierwszej kolejności, by rozpocząć proces uzdrowienia władzy sądowniczej – w państwie prawa absolutnie centralnej - odpowiedziałbym bez wahania: trzeba wprowadzić na powrót do systemu instytucję sędziego śledczego oraz podnieść wiek kandydatów na sędziego do 40 lat.

Wszystkie inne kwestie zaczęłyby się porządkować niejako samoistnie. Nie ma nic gorszego w sądownictwie niż młodzi niedoświadczeni sędziowie, którzy mając mniej niż 30 lat myślą przede wszystkim o najnormalniejszym w świecie urządzeniu się. Muszą myśleć w pierwszej kolejności o założeniu rodziny, mieszkaniu, dzieciach. Chcieliby szybkiej stabilizacji życiowej i zawodowej, szybkiego awansu itd. To jest absolutnie normalne, oczywiście, tyle tylko, że bardzo niebezpieczne z punktu widzenia interesów samego wymiaru sprawiedliwości.

Z własnego doświadczenia wiem, że jako początkujący sędzia ( w moich czasach sędzią zostawało się w wieku 26 lat, a asesorem sądowym już po dwuletniej aplikacji) rozpaczliwie na własnych błędach uczyłem się zawodu sędziego, a proces tej edukacji trwał co najmniej 5 lat. Szkoda, że sądu nie uczyłem się jako adwokat, bo taka powinna być kolejność rzeczy: najpierw adwokatura, wycieranie togą niezliczonych ław sądowych z możliwością obserwacji sędziów wszystkich możliwych instancji i rodzajów sądów, prokuratorów, innych adwokatów, radców prawnych, komorników, aresztów śledczych i zakładów karnych – a dopiero później toga sędziowska, powierzona komuś, kto dysponuje już odpowiednią wiedzą, doświadczeniem, a nade wszystko sprawdzoną w różnych sytuacjach mądrością życiową.

Wtedy można byłoby mówić o misji sędziego, jako koronie zawodów prawniczych. Dzisiejszy model kariery sędziowskiej oparty jest o paradygmat urzędniczy. To jest model wypracowany w czasach monarchii absolutnych i przejęty przez II Rzeczpospolitą po państwach zaborczych i doskonale wpisujący się w oczekiwania państwa komunistycznego.

Młody, niedoświadczony sędzia, który chce szybko i wysoko awansować, jest wyjątkowo wdzięcznym obiektem zainteresowania polityków. Tak było zawsze i tak będzie długo jeszcze w Polsce, jeśli nie zdecydujemy się na podniesienie poprzeczki na odpowiednio bezpieczną wysokość.

I punkt drugi: prokuratura. Prokuratorzy funkcjonują nadal w modelu radzieckim, wprowadzonym w 1950 roku. Polega on na połączeniu klasycznego prokuratora, jako oskarżyciela w sądzie z pozycją dawnego sędziego śledczego, który był nadzorcą policji (służb specjalnych), zachowując jednocześnie atrybut niezawisłości. W czasach komunistycznych etap postępowania sądowego miał daleko mniejsze znaczenie, niż samo śledztwo. Nawet wynagrodzenia prokuratorów były znacznie wyższe od sędziowskich. Stąd wysoki poziom sfeminizowania zawodu sędziowskiego – oczywiście w sądach niższych instancji.

Paradoksalnie tak jest do dzisiaj, ponieważ nie wyzwoliliśmy się jeszcze mentalnie z czasów minionych. Kolejne pokolenia młodzieży prawniczej, swoją drogą nie najlepiej wykształconej, wkraczają w utarte przez poprzedników koleiny i zanim zorientują się w czym tkwią naprawdę, mijają lata. Nieliczni tylko próbują się z tych kolein wyrwać – reszta poddaje się rutynie i wszystko pozostaje po staremu. Sen spędza już tylko wysokość zarobków, które jak wiadomo są zawsze za niskie, nawet gdyby były nie wiem jak wysokie.

Chcemy gospodarki rynkowej, nikt nie wyobraża sobie powrotu do modelu poprzedniego z jego gospodarką nakazowo-rozdzielczą, brakiem prawdziwego pieniądza itd., ale już mało kto uświadamia sobie, że gospodarka rynkowa potrzebuje jak oliwy dobrego, sprawnego wymiaru sprawiedliwości. A tu rzeczywistość wyjątkowo skrzeczy.

Długo jeszcze będziemy zaskakiwani takim działaniem sądów jak w aferze Amber Gold, procesy gangsterów ciągnąć się będą latami z skutkiem w postaci odszkodowań zasądzanych przez Strasburg, a w procesach gospodarczych niedoświadczeni sędziowie robili będą wszystko by doprowadzić sprawę do etapu… przedawnienia.
Trwa ładowanie komentarzy...