Parapremier

Pełnienie funkcji rządowych mocno przypomina rodeo. Wiadomo, że śmiałek dosiadający mustanga, albo nawet byka, musi z niego spaść – nie wiadomo tylko jak długo zdoła utrzymać się na grzbiecie. Tylko naprawdę nielicznym udaje się przetrwać taka jazdę do końca.

Z naszymi premierami bywało podobnie, dopóki nie zorientowali się, jaki jest najskuteczniejszy sposób na okiełznanie dzikiego partyjnego zwierza. Jeśli dobrze pamiętam, pierwszy był Leszek Miller – na jego nieszczęście zdarzyła się w czasie jego premierostwa afera, która mocno mu polityczne życie pokomplikowała z wiadomym skutkiem, nie tylko dla niego, ale dla całej jego formacji.



Mimo prześwietlenia mechanizmu dosiadania mustanga spadł z niego dość szybko, ale chyba tylko dlatego, że pozaregulaminowo ktoś wtedy zarzucił na niego lasso…
Partia polityczna, pomimo prób cywilizowania tego żywiołu przepisami ustawowymi, jest w dużej mierze swoistym pierwotnym rojem. Musi mieć jedną królową. Królowa musi być wyhodowana niejako przez sam rój. Jeśli lider partii nie gwarantuje zwycięstwa w najbliższych wyborach, na pohybel z nim – wyhodujemy następcę, większość zaraz za nim poleci.

Wystarczyło, że na horyzoncie pojawił się ktoś, kto lepiej niż premier Jerzy Buzek stwarzał nadzieję na ponowny wybór, by zdecydowana większość posłów jego formacji szybko znalazła nowego wodza. A wydawało się kilka lat wcześniej, że ten nowy wódz już nie podniesie się z areny po poprzednim upadku… Podobnie było zresztą z Unią Wolności na początku poprzedniej dekady.

Nasi politycy w większości, zdaje się, dojrzeli już do zrozumienia, że na czele rządu musi stać wódz najsilniejszej partii – tylko wówczas bowiem zachowuje on sterowalność zarówno rządu, jak i swojej partii.

W przeciwnym wypadku władza siłą rzeczy musi niejako przenieść się w inne ręce. Trudno właściwie pojąć jak tego prostego mechanizmu może nie pojmować profesor socjologii… Chyba, że z góry godzi się odgrywać rolę politycznej marionetki.
Gdyby chciał być w przyszłości rzeczywistym premierem, powinien wcześniej wstąpić do partii i następnie wygrać wewnątrzpartyjną walkę o przywództwo. I tak powinien postępować każdy polityk, który nosząc w plecaku przysłowiową buławę naczelnego wodza, poważnie myśli o realnej władzy.

Tak jak Margaret Thatcher, stając do walki o przywództwo swojej partii i następnie przeżywając gorycz porażki, kiedy ją według tego samego okrutnego mechanizmu z piedestału strącano. Czy jak Angela Merkel, która z powodzeniem na grzbiecie tego dzikiego partyjnego zwierza ciągle się utrzymuje - czy jak Donald Tusk, który do tego towarzystwa wyraźnie w ostatnich latach doszlusował.

Jak widać z powyższych przykładów, niezależnie od konkretnego systemu politycznoustrojowego obowiązującego w danym państwie, a w każdym z wymienionych wyżej panuje przecież zupełnie inny system konstytucyjnych odniesień pomiędzy najważniejszymi organami - mechanizm wyłaniania szefa rządu i jego skutecznych rządów pozostaje taki sam.

Bo polityka wewnątrzpartyjna to ciągle takie samo, odwołujące się do jakichś pierwotnych, nie do końca uświadomionych instynktów, rodeo – nawet w szacownej, kulturalnej, konserwatywnej Wielkiej Brytanii. Żeby być przywódcą trzeba poprzednika zabić, a jeszcze lepiej od razu zjeść jego mózg…
Trwa ładowanie komentarzy...