Pas transmisyjny

Ostatni mój wpis dotyczył akurat mechanizmu zmiany na stanowisku premiera. Musi nim być lider największej partii wygrywającej wybory. W przeciwnym wypadku musi dochodzić do wyciekania rzeczywistej władzy, związanej z kierowaniem radą ministrów, poza konstytucyjny ośrodek władzy wykonawczej.

Jeśli zatem osoba, która podejmuje rzeczywiste decyzje szefa rządu nie pełni jednocześnie funkcji premiera, mamy do czynienia z sytuacją w istocie niekonstytucyjną. W demokratycznym państwie prawa związek pomiędzy decyzyjnością a odpowiedzialnością za podejmowane decyzje nie powinien być bowiem rozerwany.

Powyższe uwagi zachowują swoją aktualność także do lidera każdej partii uczestniczącej w koalicji rządowej, choć nie w identycznym stopniu. Premier ma bowiem swoje zadania i kompetencje wyraźnie konstytucją określone, czego się jednak o wicepremierze (wicepremierach) stwierdzić nie da.

Niemniej jednak siła, którą czerpie lider mniejszej partii koalicyjnej z jej poparcia, powinna być również transmitowana na układ rządowy; przeciwnym wypadku musi dochodzić do niekorzystnego dla państwa rozchwiania całej rządowej sfery decyzyjnej.

Tego rodzaju mechanizmy nie mogą być wpisane wprost do konstytucji, bo musiała by ona mieć nie dwieście, a pięćset artykułów, to po pierwsze, a pod drugie dlatego, że konieczne jest tu jednak pozostawienie pewnego luzu decyzyjnego na sytuacje nietypowe, szczególne, wymagające wyjątkowych zastosowań. Jest to bardziej sfera kultury politycznej, zwyczajów, pewnego politycznego know how, związanego z techniką sprawowania władzy, niż przestrzeń dla wyraźnych prawnych regulacji.

To oczywiste, ale lepiej jeśli jednak zachowywane są podstawowe zasady. Nigdzie nie jest zapisane, że zmiana lidera partii nie powinna być uzgadniana we własnym gronie przez osoby najbardziej w danej partii wpływowe, ale lepiej jednak, gdy wszystko odbywa się przy otwartej kurtynie, niejako w bezpośredniej walce. Podawałem przykład Margaret Thatcher jako zachowania pod tym względem wzorcowego. Z pewnością także zgodnie z cywilizowanymi zasadami odbyła się w połowie lat 90-tych zmiana lidera Unii Wolności, choć Tadeusz Mazowiecki mógł wtedy osobiście nutkę żalu do swojego następcy czas jakiś zachowywać.

Ale czy w polityce jest miejsce na tego rodzaju osobiście przeżywane dramaty? A przynajmniej na publiczne dawanie im wyrazu?

Bardzo podobała mi się ostatnia zmiana na stanowisku prezesa PSL-u. Tak to powinno właśnie dziać się zawsze. Zawsze powinno dochodzić do takiego właśnie zmierzenia się pretendenta z dotychczasowym liderem na ubitej ziemi – do rzucenia mu wyzwania i zwyciężenia (albo i nie) na oczach wszystkich. Jeśli za tym stoi jeszcze uczciwa kartka wyborcza, a w tym wypadku chyba cienia wątpliwości być nie może, to możemy naprawdę świętować – nawet jeśli nie jesteśmy członkami takiej partii, a nawet jej wyborcami.

Kongres PSL to nie jest tylko sprawa członków tej partii. To co się dzieje w partiach ma bowiem znaczenie dla atmosfery w kraju w ogóle – jest zatem ważne dla wszystkich obywateli.

Cieszyłby się jednak jeszcze bardziej, gdyby nowo wybrany prezes Janusz Piechociński nie ociągał się z wejściem do rządu i objęciem funkcji ministerialnej. Najlepiej byłoby oczywiście, gdyby został wicepremierem, łącząc te pozycję z funkcją ważnego ministra. Pamiętam pewnego wicepremiera w jednym z rządów na początku naszych przemian, który nie był jednocześnie ministrem resortowym. Kiedy potrzebował dodatkowe krzesła w swoim gabinecie musiał prosić o to na piśmie wszechwładnego wówczas szefa URM-u, a tamten zwlekał…

Gdyby nowy lider PSL zgodził się na wejście rządu, wiedzielibyśmy wtedy na pewno, że gra była o wszystko, a nie o coś czego nie wiemy. Partie polityczne nie są spółkami prawa handlowego, czy spółdzielniami, które stanowią domenę życia prywatnego. Partie działają w sferze publicznej, w dużej mierze za państwowe pieniądze, czyli wszystkich podatników – stąd tak ważne jest także ich życie wewnętrzne. Partie są po to, by dążyć do sprawowania władzy publicznej według swoich programów, ale reguły uczestniczenia we władzy są dla wszystkich partii takie same. Partie są dla państwa, a nie dla samych siebie – nie mówiąc już o tym, że państwo nie jest dla partii.

Dotychczas wszystko toczy się według jasnych i zrozumiałych dla każdego zasad: poprzedni lider podał się do dymisji, dymisja został przez premiera przyjęta – bo jest jasne, że pas transmisyjny łączący dotychczasowego lidera z własną partią został wyraźnie rozluźniony: nie bardzo jest w związku z tym jak transmitować energię z partii do rządu.

Po to, by cały ten mechanizm zaczął działać poprawnie, potrzebne jest przełożenie pasa transmisyjnego na nowe koło zębate w tym samym miejscu co stare. Ot i cała filozofia…

Gdyby tak się stało, byłby to czytelny sygnał, że PSL staje się na naszych oczach nowoczesną partią demokratyczną, świadomą swej siły i miejsca w porządku publicznym, zdolną do podejmowania aktualnych wyzwań, i co najważniejsze: pozbawioną elementów wodzowskich, charakterystycznych dla partii o niewykształtowanym w pełni obliczu programowym i przez to dzisiaj już anachronicznych.
Trwa ładowanie komentarzy...