Pierwszy kawaler Rzeczpospolitej

Nie mogłem być na pogrzebie prof. Jacka Woźniakowskiego – bardzo tego, ale to bardzo żałuję. Tego dnia byłem akurat w Krakowie w związku z zaplanowanym wiele miesięcy wcześniej uczestnictwem w pewnym ważnym kongresie. W pierwszej chwili, kiedy tylko pojawiła się pierwsza wiadomość o Jego śmierci, pomyślałem, że będę miał może okazję pożegnać Go właśnie tam. Stało się inaczej. Profesor został pochowany w Laskach, w miejscu ważnym dla Jego środowiska. Nie pamiętam kiedy ostatni raz z Nim rozmawiałem. Pewnie kilka lat temu, ale doskonale pamiętam, kiedy zobaczyłem Go po raz pierwszy.

W telewizji – w czasie obrad Okrągłego Stołu.

Relacjonował wtedy jakiś fragment negocjacji wspólnie z przedstawicielem drugiej strony – jak wtedy się określało: koalicyjno-rządowej. Doskonale pamiętam, że trzymał w ręku teczkę z dużym napisem „Solidarność” i w pewnej chwili tak popatrzył z ukosa na tę drugą postać, jakby chciał ją nie tylko wzrokiem zmrozić, ale i ułańską szablą wypłazować.

To i owo o Nim wcześniej wiedziałem – całe krakowskie środowisko ”Znaku” i „Tygodnika Powszechnego” było niezwykle ważne dla mojego pokolenia, szczególnie w latach 70-tych i 80-tych. To był swego rodzaju punkt odniesienia, czy raczej zaczepienia się w normalnym świecie. Kiedy czytało się wówczas „TP”, co rusz szczęśliwie nachodziła człowieka refleksja: aha, to jednak nie ja zwariowałem - są jeszcze na świecie ludzie, którzy myślą podobnie.

Niebawem minie trzy tygodnie od śmierci Jacka Woźniakowskiego, ale ciągle jakoś nie potrafię przestać o Nim myśleć – i tak po prostu jak w wielu innych przypadkach ludzi powszechnie znanych, ale nie szczególnie bliskich, przejść do codzienności. Nie był moim profesorem, ani mentorem, nie spędziłem z Nim wielu godzin na niekończących się rozmowach Nie byłem czytelnikiem Jego książek, ani nie śledziłem specjalnie Jego publicystyki.

A mimo to był dla mnie kimś bardzo ważnym - pierwszym kawalerem Rzeczpospolitej, jak często Go nazywałem przy każdej okazji, kiedy padało Jego nazwisko. Drugi to Bohdan Tomaszewski, z którym też zresztą nie jestem w jakichś szczególnych relacjach, a jednak.

Pozycja trzecia to na pewno profesor Jerzy Regulski i później już długo, długo nic. Ostatecznie na podium są tylko trzy miejsca.

Każde jednak spotkanie z profesorem Woźniakowskim pamiętam niemal tak, jakby miało miejsce wczoraj. W maju 1990 r., ale jeszcze przed wyborami samorządowymi, wydelegowano nas wspólnie w imieniu pewnego konwentyklu na rozmowy z Lechem Wałęsą i Tadeuszem Mazowieckim, by przynajmniej zorientować się, czy jest jakaś szansa na utrzymanie jedności w komitetach obywatelskich przed wyborami prezydenckimi.

Oczywiście nadziei na to już nie było – Lech Wałęsa nie mógł w tamtym czasie pozostać na uboczu, jak sobie to wtedy niektórzy wyobrażali na zasadzie: Murzyn zrobił swoje – Murzyn może odejść…

Mogliśmy Tadeuszowi Mazowieckiemu jeszcze tego samego dnia po powrocie z Gdańska przynajmniej zrelacjonować w jakim nastroju zastaliśmy Lecha Wałęsę, ale może w tamtej chwili ważniejsze było już to, co widzieliśmy w drodze powrotnej. A zaczynały się wówczas pierwsze chłopskie blokady dróg.

Jechaliśmy z Gdańska kilka ładnych godzin, zatrzymywani po drodze przez protestujących – z trudem przedarliśmy się do Warszawy i tylko dlatego, że korzystałem wtedy z renty telewizyjnej popularności. Tamta podroż zleciała jednak jak z bicza strzelił, bo było o czym gadać – a wszystko wtedy jeszcze właściwie było in statu nascendi.

Drugie spotkanie miało miejsce w kilka dni po pierwszych wyborach samorządowych. Pełniłem wówczas funkcję Generalnego Komisarza Wyborczego i przy okazji wizyty w Krakowie prof. Woźniakowski zaprosił mnie na kolację i zapytał, czy powinien przyjąć propozycję kandydowania na prezydenta Krakowa. Wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym, że właśnie taka osoba jak On powinna wówczas stanąć na czele nowych władz samorządowych i starałem się umocnić Go w tym zamiarze.

Oczywiście myliłem się okropnie. Niebawem Profesor – już jako prezydent – został brutalnie skonfrontowany z realiami tamtego czasu, któremu ton nadawali tam wówczas ludzie zupełnie innego pokroju. Profesor nie dotrwał w tym towarzystwie nawet chyba do połowy kadencji. O swoim odwołaniu dowiedział się podobno od znajomych na ulicy...
Kilka lat później całkiem przypadkiem spotkaliśmy Go w Krakowie z żoną i naszą amerykańską przyjaciółką . Zaoferował się nawet być przez dłuższą chwilę naszym przewodnikiem.

Być oprowadzanym po Krakowie właśnie przez Niego - w języku angielskim z takim oksfordzkim akcentem, który każdego Amerykanina kładzie z miejsca na kolana – to było coś absolutnie niezwykłego i niezapomnianego. Nienagannie ubrany, ale nie spod igły, naturalnie elegancki, dystyngowany w sposób już dziś rzadko spotykany, dowcipny – Mój Boże… Mało co pamiętam z tamtej krakowskiej krótkiej wycieczki, ale Jego postać z tamtej chwili pojawia się w każdym już o Nim wspomnieniu. To chyba wtedy pomyślałem sobie o tym pierwszym kawalerze Rzeczpospolitej…

A przy tym jeszcze niezłomny w najtrudniejszych chwilach i wojny i okupacji i lat stalinizmu.

Jacek Woźniakowski jako jeden ze zdrajców Ojczyzny w czasie obrad Okrągłego Stołu… Dobre sobie.
Trwa ładowanie komentarzy...