Abp Tokarczuk

Powoli wykrusza się Episkopat ukształtowany jeszcze przez prymasa Stefana Wyszyńskiego. Czy następcy są lepsi? – to znaczy, czy lepiej rozumieją ducha czasu? Z pewnością abp Ignacy Tokarczuk doskonale rozpoznał istotę PRL i potrafił z tej wiedzy praktycznie i efektywnie korzystać.

Wydawało się, że granice w których w miarę swobodnie można było się poruszać biskupowi w tamtych czasach zostały wyraźnie zakreślone. Ale Ordynariusz Przemyski śmiało i bez ceregieli je przekraczał – i właściwie bez żadnych poważniejszych konsekwencji.

Z pewnością w najbliższym czasie opisane zostaną wszystkie aspekty działalności tego wielkiego bez najmniejszej wątpliwości biskupa i, co trzeba podkreślić, obywatela, ale ja w tym miejscu chciałbym bardzo osobiście napomknąć o pewnym zdarzeniu, które wówczas za Jego sprawą bardzo umocniło ludzi wówczas więzionych.

Nie dane mi było osobiście się nim zetknąć i szczerze tego żałuję, bo nawet za życia wydawał mi się być postacią wręcz pomnikową, ale zawsze będę Go pamiętał przede wszystkim za względu na homilię, którą wygłosił 6 września 1982 r. na Jasnej Górze jako duszpasterz rolników.

Bez owijania w bawełnę, czy silenia się na dyplomację, bez kłaniania się okolicznościom, wyraził w tamtym dniu na Jasnej Górze co myśli o stanie wojennym – a właściwie co myślał i jak czuł w tamtej chwili każdy normalny człowiek.

Słowa tamtej homilii były proste i celne zarazem – nazywały rzecz po imieniu i wzywały przede wszystkim autorów stanu wojennego do opamiętania się. Z Przemyśla sprawy wyglądały zgoła inaczej niż z prymasowskiej Warszawy, ale trzeba było po prostu być Tokarczukiem, by dostrzec i zdiagnozować w pełni to, co się stało kilka miesięcy wcześniej. Może także z tego powodu, że z podstawowego wykształcenia był socjologiem?

Tamte słowa nie mogły przynieść natychmiastowego skutku, ale przede wszystkim umacniały rodzące się na gruncie „Solidarności” nowe społeczeństwo.
Czas tego nowego społeczeństwa – już obywatelskiego - dopiero miał nadejść, dopiero za kilka lat komuniści oddadzą władzę właściwie walkowerem, ta homilia zapowiadała już jednak jakąś nową rzeczywistość, która dla wielu w tamtym momencie mogła się wydać fantasmagorią.

Do naszego obozu internowanych w Nowym Łupkowie w Bieszczadach dotarła szybko jakimś naszym kanałem i szybko została tu na miejscu powielona. Pamiętam doskonale, że wydrukowano ją na sześciu stronach formatu A4 – na papierze też oczywiście przemyconym z zewnątrz.

Patrzyłem zachwycony na podarowany egzemplarz, nie chcąc wierzyć, że powstał właśnie tu, za kratami - techniką prostą, by nie powiedzieć prymitywną, a jednocześnie bardzo pracochłonną. Każdą stronę oryginalny egzemplarza dostarczonego oryginalnie drukowanego tekstu pokrywało się folią, a następnie trzeba było ją w miejscu prześwitujących liter ponakłuwać igłą. Powstawała w ten sposób matryca, służąca następnie do powielania. Zwykły atrament rozcieńczony stawał się farbą drukarską – i to cała tajemnica.

Tekst homilii został w ten sposób powielony już następnego dnia, a największym problemem było, oczywiście, owo dzierganie igłą. Iście benedyktyńska praca została wykonana w nocy przez grupkę skupioną wokół krakowskiego grafika Lecha Dziewulskiego - a może to on sam w pojedynkę nakłuł owe sześć bitych stron?
Nie sposób zapomnieć chwili, kiedy w naszych rękach znalazły się pierwsze egzemplarze tej historycznej homilii – można powiedzieć: pachnące jeszcze świeżą farbą drukarską.

Nie ma dwóch zdań – jak zauważył dwadzieścia lat wcześniej McLuhan: środek przekazu jest przekazem.
Trwa ładowanie komentarzy...