O autorze
Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego; sędzia w latach 70-tych; delegat na I Krajowy
Zjazd „Solidarności” - współautor projektu Posłania do Narodów Europy Wschodniej, internowany w stanie wojennym; senator I i II kadencji, współzałożyciel Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, współautor reform administracji publicznej w latach 90-tych; sędzia Trybunału Konstytucyjnego (prezes w latach 2006-08); obecnie nauczyciel akademicki w Uczelni Łazarskiego - twórca programu pierwszych w Polsce studiów Master in Public Administration; autor licznych publikacji dot. konstytucjonalizmu, administracji publicznej, historii; felietonista „Gazety Prawnej”; członek Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego

Mariusz Patyra nie jest szerzej znany w naszym kraju

Choć w 2001 r. zdobył pierwszą nagrodę na konkursie Paganiniego w Genui, nikt tu o nim - zdaje się poza specjalistami - do chwili tamtego olbrzymiego sukcesu chyba nie słyszał. No, może z drobnymi wyjątkami rodziny, czy nauczycieli.

Pewnie dlatego, że - jak mi przed laty wyjawił - w Polsce nie wróżono mu większej kariery. Wszystko potoczyło się na szczęście inaczej, kiedy w czasie studiów przeniósł się do Hanoweru do tamtejszej akademii muzycznej - i to potoczyło się szybko, sądząc z imponującej liczby nagród, które zdobył w pierwszym okresie swojej kariery.



O istnieniu tego niezwykłego skrzypka dowiedziałem się przypadkowo.

W czasie mojego pobytu na uniwersytecie w Lexington w Kentucky w 2008 r. niespodziewanie wpadł mi w oko plakat zapowiadający jego koncert w miejscowym uniwersyteckim Singletary Center.

Byłem oczarowany od jego pierwszych dźwięków. Grał solo lub z towarzyszeniem włoskiego pianisty, którego nazwisko też nic zresztą mi nie mówiło.
Nie jestem nadzwyczajnym znawcą wiolinistyki, ale zdaje się na tyle jestem osłuchany, żeby jednak odróżnić przeciętniaka od skrzypka wybitnego. Tu nie było wątpliwości, kto zacz…

Po koncercie mogłem z nim zamienić więcej niż kilka zdawkowych zdań - rozmawialiśmy chyba z pół godziny przy winie, bo organizatorzy pomyśleli i o tym, a rodaków na obczyźnie zawsze do siebie przecież ciągnie…

Wspominał wtedy, że za pół roku będzie miał w Polsce serię koncertów. Akurat już miałem być w tym czasie z powrotem w Polsce i bardzo cieszyłem się na ponowne nasze spotkanie, a przede wszystkim na jego muzykę.

Niestety, kiedy zawitał do Warszawy, wypadło mi wtedy być gdzie indziej, ale od mojego przyjaciela, który nic nie wiedział o moim amerykańskim spotkaniu, dowiedziałem się całkiem przypadkowo, że był właśnie na koncercie Mariusza Patyry oraz że jest nim oczarowany.

Mieszkamy teraz w różnych miastach i od lat nie słuchaliśmy niczego wspólnie, choć muzyki na żywo słuchamy stosunkowo dużo. Rzadko już też wymieniamy między sobą uwagi o zaliczonych koncertach. Wyjątkiem jest oczywiście Mariusz Patyra.

Dziś, po ponad czterech latach, słuchałem go znowu – tym razem w radiowej sali im. Witolda Lutosławskiego z orkiestrą kameralną Filharmonii Narodowej.

Nie ma dwóch zdań, ta sala to na pewno najlepsze miejsce do słuchania muzyki w Warszawie: z każdego miejsca na widowni słychać selektywnie każde skrzypcowe piano. A repertuar absolutnie wirtuozowski: Wieniawski, Paganini.

Technika i precyzja oszałamiające. Może tylko brakuje mu siły dźwięku – ale to chyba w dużej mierze sprawa samych skrzypiec „Il Cannone, Armata), nota bene stanowiących nagrodę z Genui. Choć brzmią pięknie i zdaje się artyście pomagają.

Niezrównana jest muzyczna wrażliwość artysty i ujmująca przy tym jego delikatność, także w sposobie bycia na estradzie, ale przede wszystkim uderza rzadko dziś spotykana radość grania, której nie ukrywa, choć jej specjalnie nie demonstruje.
Nic z rzemiosła sprawiającego wrażenie ciężkiej pracy - jak to jest u niejednego głośnego muzycznego wyrobnika.

Tu natomiast co rusz uśmiech – nawet przed najtrudniejszymi technicznie partiami, tak jakby artysta nie mógł już się doczekać rozpoczęcia tej właśnie frazy. Żadnego szarżowania: wyjdzie - nie wyjdzie. Nienaganna technika I powściągliwy, ale stale obecny liryzm – nawet w partiach wymagających najwyższej wirtuozerii.
Może i były jakieś niewielkie potknięcia – wydawało mi się tak w dwóch raptem momentach i to raczej intonacyjne; może się jednak myliłem - ale przy takim repertuarze?...

Sala zaledwie w połowie była wypełniona, ale mam wrażenie, że nie było tu żadnych przypadkowych, czy celebryckich słuchaczy. Pewnie akurat dzisiaj udali się w komplecie do filharmonii na kolejne koncerty muzyki Witolda Lutosławskiego w związku z jubileuszem największego – jak mówią - naszego XX-wiecznego kompozytora.
W moim wieku rzadko się już zdarza, by w trakcie koncertu czas się zatrzymywał, po prostu zanikał, ustępując jakiemuś czystemu trwaniu w absolutnej dźwiękowej otulinie.
Sądząc z reakcji publiczności, nie tylko ja dzisiaj tego doświadczyłem.

Mariusz Patyra grał w pierwszej części, ale w drugiej – za sprawą orkiestry i jej pierwszego skrzypka, Jana Lewtaka - też była prawdziwa muzyka. Niezapomniany koncert.
Trwa ładowanie komentarzy...