O autorze
Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego; sędzia w latach 70-tych; delegat na I Krajowy
Zjazd „Solidarności” - współautor projektu Posłania do Narodów Europy Wschodniej, internowany w stanie wojennym; senator I i II kadencji, współzałożyciel Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, współautor reform administracji publicznej w latach 90-tych; sędzia Trybunału Konstytucyjnego (prezes w latach 2006-08); obecnie nauczyciel akademicki w Uczelni Łazarskiego - twórca programu pierwszych w Polsce studiów Master in Public Administration; autor licznych publikacji dot. konstytucjonalizmu, administracji publicznej, historii; felietonista „Gazety Prawnej”; członek Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego

Pierwszy urzędnik

Jakiś czas temu zwracałem w tym miejscu uwagę na sposób ostatniej zmiany lidera PSL i konsekwencję tego dla konstrukcji rządu. W tamtej chwili nie było jeszcze pewne, czy Janusz Piechociński obejmie stanowisko wicepremiera, zajmowane dotychczas przez jego poprzednika na czele partii.

Na szczęście tak się właśnie stało, przybliżając nas tym samym do standardów obowiązujących w krajach o utrwalonych mechanizmach demokratycznych.
Teraz mamy kolejną okazję do testowania znajomości i co ważniejsze - respektowania tych reguł w koalicji rządowej. Z tego punktu widzenia nie jest w ogóle ważne kto obejmie jakie stanowisko ministerialne w gabinecie Donalda Tuska - niezmiernie natomiast interesujące jest kto zastąpi dotychczasowego szefa kancelarii premiera, który ma udać się lada dzień w charakterze ambasadora do Hiszpanii, potwierdzając amerykański zwyczaj nagradzania za zasługi, w miejsce europejskiego modelu budowania dyplomacji jako służby cywilnej.



Szefostwo kancelarii premiera to punkt niezmiernie istotny dla funkcjonowania państwa. W gruncie rzeczy to najważniejszy urzędnik w państwie. Podkreślam: urzędnik. A zatem nie powinien obejmować tego stanowiska żaden polityk – nawet gdyby cieszył się największym zaufaniem premiera.

Tak mogło być jeszcze w czasach kiedy funkcjonował jeszcze Urząd Rady Ministrów, czyli przed 1996 r. – na jego czele stał bowiem minister, czyli polityk. I po to, by tam mógł stanąć urzędnik zlikwidowany został wtedy URM. Z chwilą natomiast kiedy zdecydowaliśmy się wprowadzić w miejsce URM-u Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, w tym właśnie punkcie właśnie powinna przebiegać wyraźna linia graniczna pomiędzy stanowiskami politycznymi, a administracyjnymi (urzędniczymi).

Szefem tej newralgicznej kancelarii powinien być w zasadzie urzędnik służby cywilnej, doskonale sprawdzony w innym ważnych miejscach administracji rządowej, wyróżniający się szczególnie w dotychczasowej pracy na najważniejszych stanowiskach obsługujących bezpośrednio rząd. To musi być ktoś, kto ma w małym paluszku cały mechanizm państwa i potrafi nim efektywnie operować pod politycznym tylko kierownictwem premiera.

Nie może być tu miejsca na jakąkolwiek przypadkowość i tym samym brak profesjonalizmu. Od relacji opartych na zaufaniu jest gabinet stanowiący najbliższe otoczenie premiera, czy ministra w ogóle – nie wiedzieć czemu nazwany u nas „gabinetem politycznym”. Zdaje się po to tylko, by go odróżnić od gabinetu z poprzedniego okresu, kiedy zatrudniani tam byli ludzie do technicznej obsługi ministra (premiera).

Z kierowaniem administracją na tym poziomie nie ma żartów. Brak w tym miejscu profesjonalizmu, na co składa się zarówno wiedza, jaki i doświadczenie oraz ten szczególny rodzaj postawy, pozwalający szefowi rządowej administracji być partnerem premiera a nie ślepym tylko wykonawcą jego poleceń, zwykle będzie prowadził do bardzo niekorzystnych następstw – i to z konsekwencjami i dla samego premiera, jaki i dla państwa w ogóle.

Czy trzeba długo i daleko szukać przykładów?

We Francji ktoś, kto był sekretarzem generalnym rządu, po zakończeniu swej misji zostaje zwykle faktycznym przewodniczącym Rady Państwa (Conseil d’Etat), w Wielkiej Brytanii stały sekretarz rządu ( jeśli tak można przetłumaczyć pozycję permanent secretary of cabinet office) ma za sobą zwykle, tak jak jego francuski odpowiednik, współpracę z kilkoma następującymi po sobie premierami, nie mówiąc już o tym, że honorowany jest pensją wyższą o 20% od zarobków premiera.

Czy to może nam się pomieścić już w głowie? A przede wszystkim rządzącym? Pewnie jeszcze długo, długo nie, ale w Zjednoczonym Królestwie dobrze wiedzą, że wykształcenie, a raczej chciałoby się powiedzieć wyhodowanie kogoś takiego jak szef administracji rządu to nie jest sprawa prosta. Bo to musi być ktoś niezwykle utalentowany, ale jednocześnie nadzwyczaj kompetentny. Taki ktoś musi latami wzrastać w najlepszym otoczeniu urzędniczym, a jednocześnie nie-zurzędniczyć. To bardzo trudne, ale możliwe i na tym stanowisku konieczne. Wymaga wielu lat pracy i wysokich nakładów – szkoda więc tracić kogoś, w kogo się dużo zainwestowało.

U nas ciągle pokutuje przekonanie, że urzędniczy mechanizm państwowy kręci się sam i można na jego czele postawić byle kogo, bo maszyna przecież sama sam jedzie – wystarczy tylko by taki ktoś nie wsadzał za często kija w szprychy.

Czy w naszym państwie są już ludzie nadający się do pełnienia funkcji szefa administracji rządowej? Czy jeszcze się nie urodzili?


Moim zdaniem - są. Jednego znam na pewno, drugi właśnie pojawił się jakiś czas temu na horyzoncie, ale dał się też już wystarczająco poznać jako niemal optymalny kandydat na to stanowisko.

Ciekaw jestem czy nadeszła już ich chwila (a raczej epoka), czy znowu objawi się tam ktoś kręgu zaufania politycznego, kogo podporządkowany mu formalnie personel pokładowy będzie musiał długo i cierpliwie znosić…
Trwa ładowanie komentarzy...