O autorze
Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego; sędzia w latach 70-tych; delegat na I Krajowy
Zjazd „Solidarności” - współautor projektu Posłania do Narodów Europy Wschodniej, internowany w stanie wojennym; senator I i II kadencji, współzałożyciel Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, współautor reform administracji publicznej w latach 90-tych; sędzia Trybunału Konstytucyjnego (prezes w latach 2006-08); obecnie nauczyciel akademicki w Uczelni Łazarskiego - twórca programu pierwszych w Polsce studiów Master in Public Administration; autor licznych publikacji dot. konstytucjonalizmu, administracji publicznej, historii; felietonista „Gazety Prawnej”; członek Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego

Książki Józefa Ratzingera

Od kiedy tłumaczka bodaj pierwszej spolszczonej książki Józefa Ratzingera – Jolanta Płoska - podarowała mi przed wielu laty jej egzemplarz, czytam w zasadzie wszystko co spod ręki najpierw pancernego kardynała, a później Benedykta XVI u nas wyszło. Bo czyta się go dobrze.

Jest w tym pisarstwie przede wszystkim ogromna pokora, ale i pewna zadziorność, po drodze wiele nieznanych dotąd szczegółów, ale i szeroki oddech, przy oszczędności i precyzji wypowiedzi. Po prostu dobrze mieć w ręku jego kolejną książkę.



Dlatego niezbyt zmartwiła mnie abdykacja papieża. Owszem, 28 lutego – jeśli dożyjemy – będzie miało miejsce wydarzenie epokowe, Rzym stanie znowu w centrum uwagi. Najwięksi wrogowie Pana Boga rzucą się znowu do felietonowych piór, mikrofonów i telewizyjnych kamer, żeby kolejny raz przy tej okazji Kościołowi przyłożyć, wyrażając przy tym najszczerszą troskę o jego dobro i zamartwiając się o jego przyszłość, ale warto przy tej okazji stale pamiętać, że papież jest przede wszystkim biskupem Rzymu – a biskupów jest kilka tysięcy.

Papież to papież i nie mam zamiaru w najmniejszym stopniu deprecjonować jego pozycji następcy św. Piotra, pamiętając jednakowoż, że to następca św. Piotra, a nie sam św. Piotr.

A jeśli rezygnuje ze swej misji biskup Rzymu, do nieodparcie zaczynam myśleć nie tylko o papieżach, którzy w przeszłości ustępowali ze swoich stolic, ale także o naszym Mistrzu Wincentym, nie wiadomo dlaczego zwanym od pewnego czasu Kadłubkiem.

Otóż Kadłubek też zrezygnował – z biskupiej stolicy krakowskiej. Było to w 1218 r., po 10 latach pełnienia tej funkcji. Na czas jego biskupiej posługi przypadł Sobór Laterański IV. Świat i Kościół wkraczał w nową epokę, dziś zwycięża nawet przekonanie, że renesans właśnie wówczas intelektualnie się rozpoczynał.

Był to sobór wielkich reform i z pewnością Mistrz Wincenty wracając do Krakowa napełniony był nadzieją przeprowadzenia Kościoła w Polsce przez konieczne i doniosłe zmiany. Dotyczyły one między innymi Eucharystii (od tamtego mianowicie czasu pali się wieczne światełko przy tabernakulum na przykład), warunków spowiedzi, a także celibatu księży.

Sobór odbywał się w 1215 r., podróż z Rzymu trwała zapewne kilka tygodni, a tu już niecałe trzy lata później Kadłubek rezygnuje i piechotą rusza do Jędrzejowa, by dopełnić życia w tamtejszym klasztorze cystersów.

Ziemski żywot zakończył w 1223 roku. Przebywał w klasztorze zatem jeszcze pięć lat. Nie wiadomo, czy tam właśnie skończył swoją Kronikę Polaków, czy raczej była napisana już z początkiem XIII w., jeszcze przed biskupstwem – jak raczej chcieliby historycy. Może jednak coś tam w Jędrzejowie cyzelował?

W każdym razie ta jego rezygnacja nie jest dzisiaj traktowana jako porażka w zetknięciu się z prozą ówczesnego kościelnego życia. Jest raczej swoistym dopełnieniem jego dzieła i życia w ogóle. Może dlatego tak dobrze go dzisiaj pamiętamy? I to nie ze względu na to, że z biskupstwa zrezygnował.

Przez kilka następnych wieków Kronika była jedynym podręcznikiem w Akademii Krakowskiej, właściwie wykładano ją tam do końca Dawnej Rzeczypospolitej, a i dziś zachwyca współczesnego czytelnika, pod warunkiem, że podda się urokowi jej formy i będzie świadomy celu w jakim została stworzona. To niesamowite jak bardzo Kronika nas uformowała jako Polaków. Ale kto ją dzisiaj czyta?

A warto… Mnie na przykład – jako byłemu sędziemu konstytucyjnemu - jawi się całkiem interesująco jako pozycja stawiająca co najmniej dziesięć problemów konstytucyjnych aktualnych do dziś i co więcej – starająca się rozwiązać te doniosłe i ponadczasowe kwestie.

W każdym razie Mistrz Wincenty okazał się być trwalej związany z naszą historią poprzez swą księgę, niż z racji biskupstwa, które oczywiście odnotowujemy, bo to był fakt.

Benedykt XVI zamknie się w klasztorze. A niby co miałby zrobić? Pojechać na Florydę?

Z niecierpliwością więc czekam na to co zrobi teraz. A może to będzie znacznie donioślejsze od tego co czynił dotychczas? Dlaczego by tak nie miało być?
Ja w każdym razie chciałbym przeczytać kolejną jego książkę – jeszcze bardziej interesującą z uwagi na tworzący się właśnie kontekst.
Trwa ładowanie komentarzy...