Generał Papała

Proces w sprawie zabójstwa gen. Papały śledzę z powodów także osobistych. Miałem przyjemność znać Generała. Jeszcze jako komendant główny policji zaprosił mnie, wówczas świeżo powołanego wiceministra, na wykład obrazujący zmiany w administracji publicznej. To był początek 1998 roku.

Co tu dużo mówić –zobaczyłem wówczas całkiem inną już twarz policji. Stosunkowo młody, z błyskiem w oku, z poziomem kultury i obyciem nie spotykanym wcześniej w tych rejonach, robił doskonale wrażenie osoby, która doskonale wie, gdzie się znajduje i co ma tu zamiar robić, i co więcej – co należy tu zrobić. Po moim wykładzie zrewanżował się niejako zobrazowaniem swoich zamiarów reorganizacyjnych. Były przekonujące.

Stan policji był wówczas opłakany – nota bene niewiele na korzyść zmieniło się od tamtego czasu do dziś. W komendzie głównej na przykład było zatrudnionych wtedy trzy tysiące funkcjonariuszy – obecnie jest ich cztery i pół tysiąca…

Kilka tygodni później został zwolniony i w wieku czterdziestu kilku lat przeniesiony w stan spoczynku, z powodów absolutnie niemerytorycznych. Wystarczyło przecież, że był powołany przez poprzedni rząd… Próbowałem w rozmowie z ówczesnym ministrem podważać plan zwolnienia gen. Papały, ale co może zrobić wiceminister w kwestiach, które na dodatek w ogółem nie wchodzą w zakres jego obowiązków… Niedługo potem wszyscy zostaliśmy wstrząśnięci tą zbrodnią. Pamiętam doskonale atmosferę spotkania kierownictwa ministerstwa rankiem następnego dnia. Zdecydowaliśmy o wyznaczeniu nagrody za przekazanie istotnej dla tej sprawy wiadomości. Kwota – jak na tamten czas – wydawała mi się wysoka, ale i zarazem odpowiednio wysoka: sto tysięcy złotych.
I to właściwie wszystko co politycy mogli i powinni w tej sprawie zrobić.

Normalne, współczesne państwo ma swoje funkcje rozpisane na liczne podmioty. Wymiar sprawiedliwości to wymiar sprawiedliwości. Im mniej tam polityki, tym lepiej i dla wymiaru sprawiedliwości i samej polityki. Próba bezpośredniego wpływania polityka na przebieg postępowania karnego w sprawie zabójstwa gen. Papały została w dość przykrych dla naszego państwa okolicznościach zweryfikowana za oceanem przez tamtejszego sędziego. Wersja z jaką pojechał tam ówczesny prokurator generalny i zarazem minister sprawiedliwości okazała się być funta kłaków warta. Dobrze chociaż, że funkcje te zostały trzy lata temu z okładem rozłączone – szkoda tylko, że na tym poprzestano.

Już jako sędzia Trybunału Konstytucyjnego zostałem bodaj w 2006 r. poproszony przez Krajową Radę Sądownictwa o przedstawienie moich poglądów na temat pozycji sędziego śledczego. KRS nawet podjął w tamtym czasie uchwałę postulującą rozpoczęcie prac legislacyjnych nad przywróceniem tej instytucji, ale dalszego ciągu już nie było, a istotniejsze zmiany zatrzymały się na mechanicznym w sumie tylko rozdzieleniu funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Tymczasem zmiany na górze, choć ważne, nie są najważniejsze. Najważniejsze jest właściwe rozpisanie ról procesowych istotnych dla początkowej fazy śledztwa. Tu nadal mamy model stalinowski, polegający na wejściu oskarżyciela w procesie karnym także w funkcje śledcze – wcześniej zastrzeżone dla policji nadzorowanej przez sędziego śledczego. To z czym mamy do czynienia aktualnie w Polsce, to pomieszanie z poplątaniem.

Nikt na dobrą sprawę nie czuje się od początku do końca odpowiedzialny za swoją robotę, a każdy (policjant, prokurator i sędzia) ma tu swoją cząstkę, która nie stanowi żadnej wewnętrznej całości. Jeśli politycy są tu za coś w ogóle odpowiedzialni, to przede wszystkim za to, że nie ma na odcinku wczesnej fazy postępowania karnego żadnych istotnych reform od początków transformacji – jeśli nie liczyć przekazania decyzji o areszcie sądowi po naszym wejściu do Rady Europy. Gdyby nie to – nie wiadomo jak długo jeszcze obowiązywałby u nas system prokuratorskich aresztów.

Sądownictwo w pełni niezawisłe mamy dopiero od definitywnego usunięcia stanowiska asesora, a pamiętajmy, że przestali oni być powoływani dopiero od 2009 r. - w sytuacji kiedy blisko 80 % wszystkich spraw w sądach było do tego momentu rozpatrywanych właśnie przez asesorów.

Nie wiem jak długo jeszcze rządzący będą opierali się przed wprowadzeniem koniecznych reform w wymiarze sprawiedliwości – przez co rozumiem kompleksową przebudowę policji, służb specjalnych, prokuratury, sądownictwa oraz samorządów prawniczych, z myślą o komplementarności wszystkich tych służb. To wszystko jeszcze przed nami.

Póki co najwygodniej atakować prokuratora Seremeta, bo to najprostsze i odsuwa odpowiedzialność innych za ten katastrofalny stan rzeczy. Tymczasem on sam prokurator generalny jest tu najmniej winny. Nie ukrywam wręcz swego podziwu dla jego silnych nerwów i niezłego orientowania się w tym kłębowisku sprzecznych interesów i zwyczajnej głupoty. Rośnie także mój szacunek dla prokuratorów łódzkich. Ci ostatni zostali mocno skrytykowani w ustnym uzasadnieniu wyroku uniewinniającego między innymi za odmowę przekazania do Warszawy niektórych materiałów. Nie mam na to żadnych dowodów, ale moja intuicja starego sędziego nakazuje mi zastanawiać się czy przypadkiem nie mieli racji…
Trwa ładowanie komentarzy...